Nie zaczynaliśmy od chemii. Zaczynaliśmy w kopalni, w najtrudniejszej strefie zagrożenia wybuchem, jaka istnieje. Metan, pył węglowy, woda, ciasnota i sprzęt, który po prostu nie ma prawa zawieść, bo na dole nie ma drogi ucieczki. Przez trzydzieści lat budowaliśmy urządzenia dla tych warunków. To z górnictwa wzięła się nasza specjalność: elektronika, która działa tam, gdzie zwykła odmawia.
Instalacja chemiczna stawia inne wyzwania niż kopalnia, ale rządzi się tym samym prawem, margines błędu jest zerowy. Tu medium bywa żrące, toksyczne i lotne. Wyciek chloru, amoniaku czy rozpuszczalnika nie daje czasu na reakcję. Dlatego sprzęt, który u nas trafia do strefy chemicznej, projektujemy z tym samym rygorem, z jakim projektowaliśmy go pod ziemię: ma wykryć zagrożenie wcześnie, działać pewnie i nie poddać się trudnej atmosferze.
Robimy trzy rzeczy naraz, bo w chemii nie da się ich rozdzielić. Pilnujemy szczelności instalacji, żeby wyłapać wyciek, zanim urośnie. Pilnujemy ludzi, żeby w razie zagrożenia wiedzieć, kto i gdzie jest w strefie. I pilnujemy procesu, żeby dyspozytor miał pełen obraz tego, co dzieje się w zakładzie. Jeden dostawca, jedna odpowiedzialność, trzydzieści lat doświadczenia w miejscach, gdzie nie ma miejsca na kompromis.